Przeczytacie i nie uwierzycie! Top 9 dziwnych akcji jakie przytrafiają się w życiu florysty

Przychodzisz do pracy, robisz kawę, przeglądasz na szybko aktualności na fb… Kolejny nudny dzień pracy? O nie, to cisza przed burzą. Jesteś florystą, w tej pracy rzadko trafiają się nudne dni. Kreatywna praca i duży kontakt z ludźmi to mieszanka wybuchowa – nigdy nie wiesz co przyniesie los. Postanowiliśmy podzielić się niektórymi „kwiatkami” z życia florysty i zachęcamy do opowiedzenia w komentarzach swoich historii.

1# Po kilku dniach urlopu miałam poranną zmianę w kwiaciarni. Jedną z pierwszych rzeczy jakie robię (oczywiście po zaparzeniu sobie kawy) to przejrzenie kalendarza, gdzie notujemy
zamówienia. Patrzę: na 11.00 wiązanka na pożegnanie biało-fioletowa za 120 zł dla profesora
odbierze p. Wojciech. Mam czas, więc spokojnie przygotowuję zamówienie, na koniec
dodałam szarfę „ostatnie pożegnanie” zrobiłam perfekcyjną kokardę i zadowolona z efektu
odłożyłam wiązankę na zaplecze.

Koło godziny 11, wchodzi do kwiaciarni starszy pan:

-Dzień dobry, przyszedłem odebrać wiązankę biało-fioletową.

-A tak, tak, już podaję. Zapakować w papier?

Pan jakby zaniemówił widząc co mu podaję, następnie spurpurowiał:

-Co to ma być?! Na głupie żarty się Pani zebrało?

W tym momencie to ja zaniemówiłam.

=Ale o co chodzi?

-O co chodzi?! O to co trzyma Pani w ręce! Ja zaraz jadę na eleganckie przyjęcie, bo kolega profesor odchodzi na emeryturę i miałem wręczyć mu bukiet, a pani mi coś takiego daje i jeszcze ta szarfa „ostatnie pożegnanie”?!…

I wtedy dotarł do mnie mój błąd, czytając „wiązanka” mój mózg automatycznie pomyślał o pogrzebowej. Później okazało się, że koleżanka notująca zamówienie też źle pana zrozumiała, ponieważ przez telefon powiedział, że chce wiązankę biało-fioletową na pożegnanie kolegi profesora, dlatego podobnie jak ja pomyślała o wiązance pogrzebowej. Ta historia dała mi nauczkę, żeby dokładnie dopytywać klientów co mają na myśli mówiąc „wiązanka na
pożegnanie” .

2# Przyjęłyśmy zamówienie na mały bukiecik, mieszany, za 50 zł. Odebrać miała w sobotę o
16.00 p. Barbara. Co może pójść nie tak? Sobota godzina 15.50, chwila spokoju, wchodzi
klientka:

-Dzień dobry! Ja bukiecik przyszłam odebrać.

-Dzień dobry, na jakie imię było zamówienie?

-Barbara – radośnie oznajmiła klientka

-Już podaję – pokazuję bukiet – czy taki jest w porządku?

-Przepiękny, ile się należy?

-50zł, płatność kartą czy gotówką?

Zadowolona klientka zapłaciła i wyszła z uśmiechem na twarzy.
<20 min później>

-Dzień dobry, przyszłam odebrać zamówiony bukiet, na imię Barbara.
Ja mocno zaskoczona tym deja vu.

-Dzień dobry, ale przed chwilą było odbierane to zamówienie.

-Jak to? Ja nikogo nie wysyłałam po ten bukiet…

Upłynęło już wiele czasu od tamtego zdarzenia, ale nadal nie wiemy kim była ta pierwsza pani
Barbara.

3# Wpadka nie do końca florysty, bardziej klientki, ale może będzie przestrogą dla osób o
osobowości choleryka.
Dzień jak co dzień, ruch umiarkowany, spokojnie zajmuję się
zamówieniem, kiedy drzwi otwierają się z impetem i wpada kobieta z włosem rozwianym i
wściekłością na twarzy.

-Co za wstyd! Co sobie ludzie o mnie pomyśleli! Zawsze tu panie takie piękne rzeczy robią,
ale to co wczoraj mąż odebrał to jakaś porażka była! Chyba nigdy nie widziałam takiego
paskudztwa jak to wczorajsze!

Już po pierwszym zdaniu poczułam, że mi się gorąco zrobiło, a w myślach analizowałam
wszystkie wczoraj wydawane zamówienia. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć o co
klientce może chodzić, a ona niczym tornado miotała się po kwiaciarni, nie dając mi dojść do
słowa.

-Ja zrobiłam zdjęcia temu szkaradztwu, jak opublikuję je w internecie to już nikt tutaj nie
przyjdzie…- po tych słowach wezbrała we mnie złość, bo co jak co, ale chciałabym w końcu
poznać powód, dla którego ktoś już od dobrych 10 min na mnie wrzeszczy.

Z ogromnym wysiłkiem zdobyłam się na spokój i opanowanie:

-Bardzo proszę pokazać mi te zdjęcia

-Proszę! Niech pani patrzy! I to za 150zł takie „cudo” – kobieta niemal pod sam nos
podsunęła mi telefon. To co zobaczyłam, faktycznie nie było zbyt piękne. Zdjęcie
przedstawiało bukiet, który pomijając kwestie doboru kwiatów i kolorów, z technicznego
punktu widzenia był bardzo źle zrobiony, dodatkowo kryza z papieru przybrudzonego i
bardzo niechlujnie podłożonego. Nie byłam zdziwiona, że kobieta była wściekła, bardziej
zdziwiła mnie inna rzecz…

-Rozumiem pani zdenerwowanie, ale te kwiaty nie są z naszej kwiaciarni, tu u dołu tuż nad
wiązaniem na kryzie jest przyklejona naklejka z logiem kwiaciarni, która wykonała ten bukiet.
Kobieta bez słowa spojrzała na mnie, na zdjęcie, wyszła przed kwiaciarnię i odbyła krótką
rozmowę telefoniczną. Wróciła.

-Bardzo panią przepraszam, okazuje się, że mąż kwiaty zamówił w innej kwiaciarni, którą
miał bardziej po drodze, a nie tutaj jak go prosiłam…

4# To historia z początków mojej pracy w pewnej kwiaciarni. Jak to na początku, byłam bardzo zestresowana, zwłaszcza, że w nowym miejscu pracy miałam zdecydowanie więcej
obowiązków, musiałam: sprawdzać czy w sklepie online coś się sprzedało, nadać przesyłki,
na bieżąco monitorować co jest w kwiaciarni a co w sklepie on-line, ponieważ nie mieliśmy
magazynu dlatego rzeczy w sklepie internetowym były również wystawione do kupienia w
kwiaciarni. Jeszcze dochodziło do tego odpowiadanie klientom na maila, publikowanie
postów na portalach społecznościowych i całe mnóstwo rzeczy, więc byłam w tym wszystkim na początku nieco pogubiona.

Przyjechała większa dostawa, w tym 3 sztuki doniczkowego, egzotycznego, dość nietypowego kwiatka (nazwy już nie pamiętam), ale był przepiękny i drogi. Od razu wystawiłam go w sklepie online i zajęłam się swoją pracą. To był dzień kiedy ruch był duży, a w krótkich chwilach kiedy klientów nie było starałam się ogarnąć towar z dostawy. Co jakiś czas zerkałam czy pojawiło się nowe zamówienie on-line.

Pod koniec dnia zauważyłam, że piękny egzotyk został już tylko jeden. Pomyślałam, że muszę zdjąć go ze sklepu internetowego. Gdy wszedł do kwiaciarni klient, usłyszałam dźwięk powiadomienia jakie przychodzi ze sklepu internetowego, ale klient zaczął zadawać pytania na temat roślin doniczkowych, więc zajęłam się obsługiwaniem go. Ostatecznie pan bardzo zadowolony wyszedł z egzotyczną pięknością, natomiast ja gratulowałam sobie w myślach umiejętności super sprzedawcy. Podeszłam do komputera żeby sprawdzić czego dotyczyło powiadomienie i gala wręczenia nagród dla najlepszego sprzedawcy jaka się odbywała w mojej głowie, natychmiastowo zamieniła się w żałobny koncert. Tak. W momencie jak wchodził klient, sprzedała się ona – moje dzisiejsze, egzotyczne zauroczenie…

5# Wszyscy floryści dobrze wiedzą jaki chaos panuje w kwiaciarni przed uroczystością
wszystkich świętych.
Dobra organizacja pracy i logistyka to podstawa, a to normalne, że
zamówienia przygotowuje się dzień, dwa wcześniej. Było to dokładnie 29 października,
przygotowywałam zamówienia na 31 października.

Wiedziałam, że klientom czasem trudno zrozumieć, że niektóre zamówienia (w tym wypadku kompozycje na florecie z żywą jodłą, thują i sosną, suszonymi dodatkami i kwiatami sztucznymi) spokojnie mogą być przygotowane wcześniej i nie muszą być robione tuż przed odbiorem (swoją drogą byłoby to dość trudne mając 7 wiązanek na tę samą godzinę ), dlatego gotowe kompozycje odkładałam na zaplecze. Niestety zaplecze mam niezbyt pojemne i dokładnie dla jednej brakło miejsca. Przed kwiaciarnią miałam wystawione różne akcesoria dekoracyjne, skrzynki z sadzonkami i dużo gotowych kompozycji na groby ze sztucznych kwiatów i zieleni, więc pomyślałam, że „ukryję” to zamówienie gdzieś z boku, pośród dekoracji a po zamknięciu przeniosę do pracowni. Plan był idealny, kompozycja prawie niewidoczna spomiędzy sadzonek i sztucznych kompozycji.

Tuż przed zamknięciem, weszła klientka z psem, minę miała groźną:

-Dobry wieczór, ja muszę zapytać, bo nie da mi to spokoju. Czy tamta wiązanka tam
schowana, to dla mnie?

Przyznaję, lekko spanikowałam, ale myślą, która wybiła się na pierwszy plan było „Jak ona
zauważyła tę wiązankę? NO JAK?” Ukryłam ją, z daleka od chodnika, pośród innych rzeczy,
nie było szans od tak przypadkiem ją zauważyć idąc chodnikiem. Postanowiłam grać na czas.

-Jaka wiązanka? – spytałam niewinnym głosem.

-Tamta w kącie, nie zauważyłabym jej, ale szłam z psem ze spaceru i nagle zaczął się tam
szarpać. Chciałam wiedzieć o co mu chodzi i tak mój Maksio doprowadził mnie do
kompozycji.

„Maksio pies myśliwski” pomyślałam. No cóż, w kompozycji były użyte między innymi
sztuczne kwiaty, które klientka wcześniej dostarczyła, więc choćbym chciała nie było opcji
wykręcić się, że to dla kogoś innego. „Zdemaskowana przez psa” – ta myśl prześladowała
mnie cały wieczór.

6# Dzień jak co dzień, akurat podlewałam kwiatki w skrzynkach przed kwiaciarnią, kiedy
zajechał wóz strażacki na podjazd. „Pali się?”
– pomyślałam zaskoczona i rozejrzałam się
dookoła szukając dymu. Pusto. Z wozu wysiadł strażak w mundurze galowym i podszedł do
mnie. „Hoho za mundurem panny sznurem, przystojnemu panu pomogę nawet jeśli trzeba
nosić wiadra wody żeby ugasić pożar” – ciężko zapanować nad myślami, zwłaszcza jak się ma
słabość do przystojnych mundurowych.

-W czym mogę pomóc? – zapytałam słodko, trzepocząc rzęsami.

-Jestem po wieniec.

-Wieniec? – nie było takiego zamówienia na dzisiaj, więc nieco się zdziwiłam.

-Takie kwiaty na pogrzeb – uprzejmie wyjaśnił pan strażak.

-Wiem czym jest wieniec, ale nie mam.

-Jak to nie ma? – tym razem to on był zdziwiony. W sumie teraz to było nas dwoje we
wspólnej konsternacji.

-Ale to kwiaciarnia? – zapytał mnie.

-Owszem, ale takiego zamówienia nie było.

Pan spojrzał na mnie z podejrzliwością. Wyciągnął komórkę i gdzieś zatelefonował. Szybko
skończył rozmowę, odwrócił się do mnie:

-To nie tutaj, pani wybaczy. – odjechał tak szybko jak się pojawił, a mnie zostawił z myślami
nad zmianą branży na mundurową…

7# To był jeden z tych dni, kiedy sikać trzeba bardzo szybko, a kawę pić zimną, bo klient za
klientem przychodzi. Kilka osób czekało w kolejce, gdy weszła starsza pani:

-Zrobi mi pani wiązankę na pogrzeb? Za 100 zł, kwiaty według pani uznania, odbiorę sobie za
2 godzinki, dobrze? – zapytała.

-Oczywiście, nie ma problemu. – spojrzałam na zegarek była 11.20. Cały czas w myślach powtarzałam sobie zamówienie na wiązankę. Minęło może 20 minut, kiedy pani wróciła. „Pewnie zmieniła zdanie jeśli chodzi o kwiaty” – pomyślałam.

-Ale zamawiała pani parę minut temu…

Spojrzałam na zegarek, a tam 13.15. Miałam tak dużo klientów że nawet nie zauważyłam
kiedy minęły 2 godziny.

-Już jestem po odbiór

-Już? A to nie miało być do odbioru za 2h? – ze zdziwienia, oczy musiałam mieć wielkości
spodków.

-No tak, dlatego jestem

8# To było telefoniczne zamówienie na bukiet z dostawą. Wszystko przebiegało gładko do
momentu aż poprosiłam o podanie przedziału godzinowego dostawy. Panu bardzo zależało
na godzinach 21.30 – 22.00, bo wtedy ukochana dopiero jest w domu. Nie uśmiechała mi się
wycieczka w takich godzinach zwłaszcza, że to był listopad, a o tej porze to już głęboka noc i
ciemności jak wiadomo gdzie. Pan tak bardzo prosił, że złamałam się. No żal mi się chłopa
zrobiło, bo prosił tak jakby jego życie od tego zależało, to pomyślałam, że może coś
przeskrobał i teraz próbuje się zrehabilitować za swe grzeszki.

Jadę z bukietem pod wskazany adres, a tam obrzeża miejskie, domki jednorodzinne i dopiero budujące się osiedle, dwa bloki chyba gotowe, w niektórych oknach świecą się światła, ale dookoła nieco jak plac budowy wyglądało. Trochę niepewnie się poczułam. Wysiadam, najbliższe lampy uliczne zaczęły mrużyć – klimat jak z taniego horroru. No cóż, przeklinam w duchu, że miękka jestem i zgodziłam się na takie godziny dostawy. Chcąc, nie chcąc idę do bloku i dzwonię domofonem. Czekam, czekam i jeszcze trochę czekam. Nic. Sprawdzam adres, numer bloku się zgadza, numer mieszkania też dobry wybrałam. No nic, próbuję jeszcze raz – nadal bez odzewu.

„Coś tu nie gra. A jeśli dostawa bukietu to tylko przykrywka i chłop mnie tu zwabił żeby poderżnąć gardło?” – nienawidzę siebie za to, ale w takich sytuacjach moja wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Rozejrzałam się na boki, ale nikogo nie widać. Wyciągnęłam telefon i dzwonię do faceta, który zamawiał bukiet. Odebrał:

-Dobry wieczór, przepraszam, że dzwonię tak późno, ale jestem z bukietem pod podanym
przez pana adresem i nikogo nie ma. Czy to na pewno właściwy adres?

-Noooo, bo wie pani to trudna sprawa ten adres. Tak w sumie, to nie wiem czy ten numer
mieszkania, ale blok na pewno ten, albo ten obok. Pani podzwoni po mieszkaniach i popyta
ludzi, to na pewno ktoś będzie znał…

Tak mocno ściskałam telefon, żeby się opanować i nie wygarnąć chłopu co o nim myślę, że
myślałam, że obudowa pęknie pod naporem mojej wściekłości. Po tej historii już nigdy nie
przyjęłam dostawy na niestandardowe godziny.

9# Historia również związana z bukietem na dostawę. Jest w moim mieście most, na którym zakochani przypinają kłódkę ze swoimi imionami. Pewien pan zamówił bukiet z 99
czerwonych, długich róż. Był to bukiet na zaręczyny, więc pełna konspiracja. Umówiliśmy się
smsowo, że w podany dzień o podanej godzinie, ja będę czekać przy owej kładce
zakochanych, a on tam z ukochaną przyjdzie. Zamówienie telefonicznie, więc nie miałam
pojęcia jak wygląda mój klient, zapytałam po czym go rozpoznam, on stwierdził, że mam być
spokojna, on mnie rozpozna po wielkim bukiecie z róż. No ok.

Godzina zero, stoję w pobliżu wspomnianego wcześniej mostu. Wysłałam jeszcze konspiracyjnego smsa „Czekam w umówionym miejscu. Joanna”. No i czekam. Zero odpowiedzi. Zimno koszmarne, do tego mocne podmuchy chłodnego wiatru, już powoli ręce mi drętwieją i sztywnieją z zimna oraz od ciężaru bukietu. Już 15 min po czasie, ale myślę sobie, że może wolno idą. Spacer przecież ciężko tak zaplanować co do minuty. Mimo paskudnej pogody przez most przechodzi wiele par, na każdą patrzę z nadzieją, niczym szczeniak w schronisku na odwiedzających.

Nadeszła kolejna para, moje spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem młodego mężczyzny, zwolnili kroku, już wiedziałam, że to oni, zrobiłam krok w ich stronę. W tym momencie zauważyła mnie dziewczyna i początkowe zdziwienie na jej twarzy przemieniło się w zachwyt kiedy zobaczyła ogromny bukiet róż. Z radosnym piskiem rzuciła się na szyję swojego mężczyzny wykrzykując: „nie musisz nic mówić, tak, zgadzam się!”. Mężczyzna jakby zbladł, nie ruszył się ani trochę po bukiet i sprawiał wrażenie zakłopotanego. Ja widząc jego reakcję też się nieco zmieszałam i powoli zaczęło do mnie docierać, że to NIE ONI. Chłopak delikatnie odsunął od siebie dziewczynę:

-Uspokój się, to nie dla ciebie. Chodź, to jakaś pomyłka – i ciągnąc za sobą dziewczynę z
osłupiałą miną, chłopak minął mnie obdarowując morderczym spojrzeniem.

Stałam tak z bukietem róż, wiatr szarpał kryzę z papieru niczym żagle podczas sztormu, było pół godziny po czasie. Już miałam wyjąć telefon żeby zadzwonić do klienta, przez którego chyba nabawiłam się odmrożenia stóp i dłoni, kiedy podszedł do mnie elegancki młodzian

-To moje zamówienie, bardzo przepraszam, że musiała pani tak długo czekać, ale wyszły
pewne…yyy…komplikacje. – spojrzał zestresowany na dziewczynę stojącą za nim, która
patrzyła na mnie podejrzliwie.

– To jest pani Joanna, ona wysłała smsa, którego niefortunnie przeczytałaś i zepsułaś sobie
niespodziankę – tak „przedstawił” mnie ukochanej mężczyzna.

-Czyli nic was nie łączy? Ona to tylko kurier od bukietu? – zapytała naburmuszona panna. Ja
patrzyłam na nich jak na kosmitów bo w pierwszej chwili nie zrozumiałam tego dziwnego
dialogu. Chłopak zauważył moją konsternację

-Moja ukochana przypadkiem przeczytała smsa, którego od pani dostałem i uznała, że
zdradzam ją z panią, a sms jest potwierdzeniem naszej schadzki. – wyjaśnił.

Wtedy wszystko zrozumiałam, zapewniłam panią, że owszem jestem tylko florystką
dostarczającą bukiet, więc nie ma powodów do obaw i spokojnie może powiedzieć „tak” w odpowiedzi na oświadczyny ukochanego. Mam nadzieję, że będą żyli długo i szczęśliwie, bo ja na pamiątkę tamtego dnia złapałam paskudne przeziębienie, które męczyło mnie cały tydzień.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

17 − 13 =